Strony: [1] 2 3 ... 10
1
2017 / Utworzenie miasta Aiwe
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Kwiecień 24, 2020, 04:31:19 pm  »
Członkinie i Członkowie gildii Aiwe!

Historia Tyrii pędzi do przodu jak rozpędzony dolyak. Dwa pradawne smoki powstały i rosną w siłę. Biała Opończa otwarcie zaatakowała Królestwo Kryty od wewnątrz i zewnątrz. Ekspedycje badawcze na zmrożonej mrozem północy i Kręgu Ognia rozpoznają coraz to nowe zagrożenia dla nas wszystkich.

W tych czasach pojawiają się iskry nadziei.
Popielcy oraz Ludzie walczą ramię w ramię w Jeziorze Doric, by niedawny pokój oraz pierwsza bitwa jako sojusznicy nie poszła w zapomnienie. Powrócił Trybun Rythlock Brimstone i swoją wiedzą wspomaga całą Tyrię. Smocza Straż nie działa samotnie, lecz wspiera się innymi gildiami, by razem zjednoczyć się przeciwko odkrywanym niebezpieczeństwom.

Dodatkowo jak zapewne część z Was wie, dokładnie rok temu, w sezonie latorośli pokonaliśmy naszego odwiecznego wroga - gildię Bele ninkwi Angu. A co za tym idzie, po zakończeniu tej wieloletniej wojny, nasza gildia mogła się nareszcie zastanowić nad kolejnym celem. I tym, jaki charakter powinno objąć Aiwe.

Niedawna bitwa w Snowden i aktualny stan Tyrii pokazują, że nie możemy dłużej stać w ukryciu. Gildia, którą założyła Aiwe idealnie wpasowała się w czasy, w których żyła. Jednak my, podejmując się kontynuowania jej dzieła, nie możemy stać w miejscu - w Księdze, która po niej pozostała wiele razy pojawia się słowo "Samodoskonalenie". Musimy nadążać za zmieniającym się światem.
Dzięki odkrywczym wyprawom po anomalie zdobyliśmy wiedzę, którą musimy podzielić się z innymi. Zgromadzone doświadczenie powinno służyć wszystkim mieszkańcom Tyrii.

Dlatego nasza siedziba zostanie otwarta dla innych. I charakter gildii się zmieni. Każdy respektujący zasady będzie mógł uczyć się pod osłoną naszych barier i dzielić się swoimi umiejętnościami.

Jesteśmy gotowi, by z gildii zamieszkującej zamkniętą siedzibę, przeobrazić się w pełnoprawne Miasto. Miasto Aiwe. Z własnymi zasadami, strukturami, wiedzą, wojskiem i technologią. Dbające o bezpieczeństwo Tyrii. I kultywujące spuściznę pozostawioną przez Aiwe. Nie dając o niej zapomnieć. Kierując się zasadami spisanymi przez nią w Księdze Aiwe.

WIDEO
2
2018 / Śmierć władcy Aiwe i jego powrót jako duch
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Kwiecień 24, 2020, 04:27:03 pm  »
Dnia 2 Kolosa 1331 AE na Placu Górnym zebrali się Awijczycy na pilne wezwanie egzekutywy. Miało się odbyć przemówienie zorganizowane przez władze Miasta Aiwe w celu poinformowania mieszkańców o sekretach, które były trzymane w ukryciu. Zebrało się wielu od standardowych mieszkańców, po turystów czy handlarzy. Górny Plan był w pełni zaludniony, a ciekawi przemowy mieszkańcy niecierpliwili się coraz to bardziej. Egzekutywa lekko spóźniona i widocznie zwalczająca wewnętrzną tremę wyszła na mównicę. Wkrótce zostało wydane przemówienie, które grało rolę wstępu do głównego motywu przewodniego - ukazania się ducha Xara - Władcy Aiwe, który zmarł 32 Dnia Sezonu Zephyra 1331 AE...

  Każdy z obecnych; Awijczyk, mieszkaniec, turysta, kupiec, strażnik czy egzekutor... Wszyscy nadal nie mogli uwierzyć, że stoi przed nimi Xar. Wkrótce władca począł opowiadać o swym planie oraz tym, jak się ukrywał pod swą nową postacią w Mieście Aiwe przez długi okres czasu. Wyjawił, że Subortis był narzędziem oraz uniewinnił go z wszelkich zarzutów - co wzbudziło ogromne kontrowersje u obecnych. Władca mówił również, że po swej śmierci osiągnął swój stan dzięki temu, że jego cel jeszcze nie został spełniony w Tyrii, a jego egzystencja jest mocno przywiązana do samego Bractwa, Medalionów i Księgi Aiwe. Dlaczego się jednak ukrywał? Po ostatniej bitwie, która kosztowała go ludzkie życie, Xar obserwował z ukrycia czy wróg jakim był były Radny za czasów Aiwe - Przebudzony Ralto - przypadkiem nie knuł swych dalszych działań wobec Bractwu. Jednak po długim czasie bierności oraz braku jakichkolwiek oznak zagrożenia władca postanowił się ujawnić z cieni oraz powrócić do swych obowiązków...

  Po wydarzeniu wszyscy się rozeszli w swe strony, a duch władcy ruszył wgłąb Miasta Aiwe - zapewne do swego gabinetu. Egzekutywa sporządziła zadośćuczynienie dla strażników oraz tych, którzy podjeli się działań w pościgu Subortisa - by załagodzić niesmak po tych informacjach. Natomiast najnowsze wieści donoszą, że Xar ponownie osiedlił się w swym biurze oraz zajmuje się formalnościami związanymi z Bractwem odciążając tym samym egzekutywę z najcięższych obowiązków. Naszła dla Aiwe wraz z nowym sezonem, nowa fala zmian... Od nas zależy, jak dalej się wydarzenia potoczą.

WIDEO

Uczestnicy:
- Xar
- Złata,
- Kaeiles,
- Warden,
- Respecta,
- Marius,
- Joy,
- Ereltana,
- Nassan,
- Siri,
- Ahire,
- Penturia
3
2011 / Obsidian Sanctum
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 09:10:21 pm  »


Dzień w Dragonblight był parszywy. Wiało, padało, a po południu zaczęło wiać i padać jeszcze bardziej. Świątynia Wyrmrest chwiała się w posadach, paskudne smoczysko Sartharion, rozgościło się w najświętszym miejscu, Obsydianowym Sanktuarium. Pasibrzuch wyżej wymieniony stał się celem Czarnych Zastępów, bo tak być nie może jak jest. Drużyna, zwarta i gotowa, choć nieco śmierdząca tytoniem, zielem i bogowie wiedzą czym jeszcze. Młody adept magii natury - Keroox podjął za punkt honoru pokonać bestię i przywrócić naturalny ład i porządek. - Keroox, ale wiesz ty co robisz, prawda?- Spytał lekko wystraszony determinacją taurena Xar.
- Jakby wiedział, to by tu nie przylazł!- Wyśmiał druida któryś z orków.Keroox nie odpowiadał, ściskając z całych sił swoją magiczną laskę.
Skupienie, które osiągnął sprawiało, że wyglądał jak młody, dorodny buk, pełen mocy młodości i siły natury.
Sartharion, jak na pradawne bydlę przystało, posiadł kontrolę nad żywiołem ognia, oraz pomniejszymi braćmi. Starcie było długie i krwawe. Młode smoki wyrastały jak z podziemi, lecz uginały się pod naporem magicznych pocisków i ostrzy toporów. Sartharion walczył jak lew, ściany ognia zalewały siły Czarnych Zastępów. Ogień kąsał, upał palił w gardło, szaty i zbroje przesiąknęły potem i smrodem siarki.

Świeżo wykluty pomiot Sarthariona dołączył do boju. Młode smoczęta, jeszcze ślepe a już żądne krwi gryzły, pluły iskrami i szczerzyły ledwo wykiełkowane zęby. Siły Leth mori Aiwe topniały, ale i Sartharion nie pozostawał nietknięty. Wiele osób zmorzył upał, inni padli od otrzymanych ran.
- Keroox, pomóż nam!- wściekły Sweex warknął w kierunku skupionego druida.
- Przecież robię co mogę! Obiecałem sobie, że bestia polegnie i takoż będzie!- Zawiał zbędnym patosem atakowany.
Jeden rzut oka wystarczył Khilai żeby zauważyć, co jest nie tak. W dłoniach Kerooxa, zamiast magicznej laski wydartej z martwych łap jednego z potężnych przeciwników którzy drzewiej stanęli na drodze Czarnych Zastępów, znajdowała się najzwyklejsza...wędka. Podłej jakości narzędzie wibrowało w rękach druida, nie mogąc umożliwić przepływu mocy, jaki chciał wymusić Keroox.

Wrzące z wściekłości niedobitki drużyny porąbały smoka na części pierwsze a niektóre nawet i drugie i już chcieli rąbać ogłupiałego taurena, ale do głowy wpadła im zemsta doskonalsza od śmierci w mękach...

Cruciatus zajechał pod karczmę swoim nowiutkim, kosztującym małą fortunkę egzotycznym pajęczakiem. Zaparkował go obok motoru będącego szczytem nowoczesnej goblińskiej inżynierii i magicznego, latającego wierzchowca, także kosztującego krocie.
W karczmie panował zaduch, a spirytusowe wyziewy były bliskie samozapłonowi, czyli zabawa miała się w najlepsze. Oberżysta szarpał za ramię ledwie trzymającego się na nogach Lardagoma, którego stan upojenia można było mierzyć ilością krwi w alkoholu, a nie odwrotnie.
- Panie! Kto za to zapłaci!- Awanturował się szynkarz.
- Stoły połamane, krzesła porozbijane, a do tego przechlaliście zapasy na najbliższy miesiąc!
Lardagom, z trudem utrzymał równowagę, zbierał przez chwilę myśli, a potem odpowiedział:

- Spokojnie panie kelner...hic! Keroox stawia wszystkim!

4
2012 / Ach ta gildia...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:58:26 pm  »
"Ta gildia nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.. Zamiast sobie pomagać – skaczą sobie do gardeł i to w czasach ich największego kryzysu"

Znajdowali się w pięknej jaskini mieniącej się najwspanialszymi barwami tęczy. To właśnie tą piękną jaskinię wybrali na swoje tajne spotkania, a każdy w niej przebywający chował twarz pod kapturem. -Włożyliśmy w to tyle pracy ! Wysłaliśmy Erzę, miała ich doprowadzić do informacji, a oni wszystko zaprzepaścili ! Głupcy ! Ile jeszcze muszą wycierpieć, aby wreszcie się czegoś nauczyć ! – Jedna z postaci, wyraźnie traciła nerwy. Nie podobały mu się poczynania Leth Mori Aiwe. – I dlaczego to właśnie Don miał te papiery ? Dać podstępnej asurze, tak ważne dokumenty.. Brak mi słów. -Don jest godnym zaufania. – spokojnie stwierdziła kobieta. -Chyba był… Zapomniałaś że ci głupcy wsadzili mu paralizator do ucha ? Jego mózg wypłynął a krwiożerczy Popielec pożarł zwłoki ! -Don żyje, czuję to… Chodzą plotki, że widziano go niedawno. -Mielibyśmy ufać Twoim przeczuciom ? Chyba oszalałaś. -Mam coś jeszcze, nie tylko przeczucia. – powiedziała stanowczo. W dłoni trzymała kopertę. Podała ją zdenerwowanemu mężczyźnie. W kopercie znajdował się list. Mężczyzna zaczął czytać go na głos. Nestrello, wybacz że zawiodłem Twoje oczekiwania. Nie sądziłem, że inquest działa na tak szeroką skalę. Nie martw się jednak o mnie. Dokumenty nadal są bezpieczne, lecz na razie nie mogę wyjawić Ci ich położenia. Musiałem się zaszyć, odczekać jakiś czas. Musisz jednak o coś zadbać. Odnajdź w Queensdale, stary dom, w którym się zaszyłem jakiś czas temu. To niebezpieczna budowla, lecz możecie tam znaleźć cenne informacje. Weź kogoś do pomocy i przeszukajcie to miejsce. Nie zapomnij tylko o jednym : na koniec musicie go spalić, lub po prostu wysadzić w powietrze. Nie lekceważcie zagrożenia. Spotkamy się, gdy uznam to za stosowne. Don -I co o tym myślicie ? Chyba powinniśmy się tym zainteresować ? – kobieta wyczekiwała reakcji. -Jesteś pewna, że to napisał Don ? – dołączył trzeci głos. -Jestem całkowicie pewna, to jest jego charakter pisma. Z resztą nie sądzę, żeby tak sprytna asura, dała się tak łatwo złapać. -Kto więc zginął, jeśli to nie był Don ? Przecież nawet wytoczono proces o popełnieniu przestępstwa. -To mógł być kolejny klon Dona.. – kolejna postać dołączyła do debaty. – Kto wie, ile ich naprodukowało inqquest. -To całkiem możliwe, ale skąd wziąłby się w więzieniu, podając się za Dona ? -Może chciał się wtopić w szeregi gildii ? Co oni kombinują ? Chyba właśnie w tym tajemniczym domu, znajdziemy odpowiedź. -A więc postanowione. Nestrella zorganizuje wyprawę, aby wszystkiego się dowiedzieć. -Zaczekajcie, ale w takim razie po co był proces ? Oni są niewinni. -Oni byli w pełni przekonani, że to był Don. Nie ważne czy tamten biedak był nim naprawdę. Liczą się motywy. Jednak i tak Rikstie nie dostała surowej kary. Ma tylko nadzór i więcej pracy społecznej. -Dobrze. Zatem dopilnujmy by Nes zorganizowała wyprawę i poczekajmy na dalsze wydarzenia. – po tych słowach, grupa rozeszła się w milczeniu, każdy w swoją stronę.
5
2012 / Sen
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:57:44 pm  »
W kajdany zakuci padną na kolana. Przed nimi jest droga cierniami usłana. Wtedy wasza wola nie będzie nic warta... Oto feniksa karta.
Ciemność... Śmierć... Przekroczyłem ostatnią granicę, stąd nie ma już odwrotu. Czy musiałem to robić? Czy jestem zdrajcą? Szaleńcem? Pokazałem im ich własną niegodziwość, lecz zapomnieli o tej lekcji. Ukazałem im skazę w ich krwi, lecz pozostają ślepi na Jej czyny. Nie mam wyboru... Niech sami zmierzą się z mrokiem własnych dusz. W swoich wspomnieniach skąpią się we własnym żalu... Pchnę ich poza granicę świata... poza pojmowanie... poza własne ograniczenia. Powrócą silniejsi, lub nie powrócą wcale. To już nie zależy ode mnie. Bowiem aby coś mogło się odrodzić, pierwej zginać musi.

***
Ściana deszczu odgradzała szare samotne domiszcze do reszty świata. Wiatr wył w potrzaskanych okiennicach. Delikatne światło księżyca skazane było na porażkę z potężnymi burzowymi chmurami. Okropna noc. Stary charr siedział przy kominku wygrzewając obolałe kości. Po domu krzątał się mały asura, co chwila klnąc pod nosem na burzę i pioruny, które przeszkadzają jego eksperymentom. Ktoś zastukał w drzwi. Spojrzeli po sobie. Nie oczekiwali nikogo, a już na pewno nie w tej piekielnej burzy. Sięgnęli po broń. Asura podszedł do drzwi i uchylił je lekko.
- Kto tam? - zapytał w ciemność, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Uchylił drzwi na oścież, lecz ganek był pusty.
- Zaczekaj tu. - rzucił do kompana i wyszedł w mrok. Po chwili zniknął charrowi z oczu. Staruszek wgapiał swój wzrok w ciemność za drzwiami, jednak nie mógł dostrzec towarzysza. Zacisnął pazury na kolbie wysłużonej strzelby i krok za krokiem zaczął przesuwać się w stronę drzwi.
- Amaron! - zakrzyknął – Gdzie polazłeś?! Cholerny knypas... - dodał pod nosem. Charr chwycił palącą się przy wejściu oliwną lampę i wyszedł na zewnątrz. Jego kompan stał oparty o balustradę.
- Amaron, aleś mnie nastraszył. - odetchnął z ulgą – Widzisz tam coś? Amaron? Chwycił asurę za ramię i pociągnął do siebie. Bezwładne ciało asury runęło na ziemię. W jego piersi tkwiła kryształowa strzała.
- Amaron! Kto do... - nie dokończył, gdyż nagłe uderzenie w pierś zabrało mu dech. Gasnącym wzrokiem spojrzał jeszcze na srebrzystą strzałę tkwiącą wystającą z futrzastego torsu. Gdy ostatkiem sił osuwał się na kolana zobaczył idącą ku niemu mroczną postać. Nieznajomy podszedł do konającego charra i położył mu na dłoni jedną kartę – feniksa...

***
- Czy coś zginęło? - Sylvari obserwował trójkę ludzi pakujących zwłoki na drewniany wóz.
- Nie, proszę Pana. - odparł jeden z nich. - Chociaż...
- Tak? -
- Lustro... Na ścianie chyba było lustro. -
- Ślad został. - po tych słowach drugi z ludzi splunął na ziemię.
- Lustro mówicie... Zwierciadło... -

***
Ostatni sen... Ostatni koszmar. Samotna wyspa pośród ruin zniszczonego świata... Zniszczonych marzeń. Chcą jedynie mnie zabić, choć nikomu z nich nic nie zawiniłam. Nawet matka... Ona... sama nie wiem... To już ostatni sen.. Mój sen. Teraz zakończy się wszystko... Duchy członków Leth mori Aiwe kołysały się w błogiej nicości. Nagłe szarpnięcie wyrwało je z letargu i zaczęło ciągnąć w dół. Ale w przeciwieństwie do poprzednich snów ten był niespokojny. Jak morze podczas sztormu rzucał lecącymi duszami w różne strony. Po chwili z mgły wyłonił się straszliwy obraz. Obraz zniszczenia, jakiego nie byli sobie w stanie wyobrazić. Strzępy różnych snów, miejsc, osób... Gdzieś koło nich przeleciał kawałek zamku Divinity's Reach... gdzieś kawałek Bladego Drzewa. Ciała osób im znanych i całkiem obojętnych lewitowały pomiędzy ruinami. A wszystko to skąpane było w bezkresnej lodowej burzy, potężnej i bezlitosnej dla każdego. W końcu ich oczom ukazała się niewielka wyspa pośród nicości. Zroszona w śnieżnej burzy, skulona pod drzewem siedziała Nessereth. Drobne ciało sylvari mocno kontrastowało ze zniszczeniem, jakie spowodowała. To był jej sen, jej koszmar. I każdy z nich zdawał sobie sprawę, co było jego przyczyną... Oni sami. Ich nienawiść do istoty, którą sami powołali do życia, którą najchętniej by zabili dla świętego spokoju. Lecz w tym świecie, we własnej duszy, to ona miała moc tworzenia i niszczenia. Gdy tylko ich stopy sięgnęły ziemi otworzyła swe pałające chłodem oczy. Gotowa była walczyć ze swoimi koszmarami... Z każdym z nich... Walczyła z nimi najgorszą bronią, jaką znała – odbiciem ich samych. A oni podjęli walkę... Walkę bez zwycięzców i przegranych. Bo jakże można wygrać z samym sobą? I tylko Ona nie podjęła walki. Ta, którą sylvari nazywała swoją „matką”. Podeszła tylko i przytuliła Nessereth, pomimo chłodu jaki otaczał ostatnią Uguun Na'ar. Wyszeptała jej coś do ucha, po czym opadła na kolana. Nessereth spojrzała na śnieżną wyspę. Widziała nienawiść... Z obu stron. I wtedy to zrozumiała. Dopóki jedna ze strona nie przerwie łańcucha, to błędne koło nienawiści nigdy się nie skończy. Schyliła się i po raz ostatni przytuliła „matkę”. Gdy sylvari wzniosła do góry swe dłonie, z jej ciała zaczęła unosić się dziwna mgła, a lodowe klony rozpadły się w proch. Wyrwane z dłoni i sakw kryształy zwierciadła wirowały nad jej głową, niczym płatki śniegu na wietrze. Po chwili zawisły bezwładnie w powietrzu. Ciało Nessereth zaczęło zamieniać się powoli w przezroczysty kryształ. W jej piersi coś pulsowało czerwonym światłem. Czy było to jej serce, płonące chęcią życia? Czy może dusza płonąca nienawiścią i miłością? Tego nie zgadnie chyba nikt. Odłamki szkła powoli układały się w zwierciadło, jednak w środku wciąż brakowało jednej części. Brakowało jednego, najważniejszego wspomnienia – wspomnienia wszystkich członków gildii. Każdy z nich miał swoje lęki, swoje pragnienia i żądze. Ale brakowało im jednego – jedności. Ona był tą jednością i zdawała się znać cenę tego, co zamierzała zrobić. Sylvari odwróciła głowę w ich stronę, a jej oczy zdały się mówić „wybaczcie”. Wykonała gest dłonią i pulsujący kryształ wyrwał się z jej ciała tworząc fontannę okruchów szkła. Przez chwilę zawisł w powietrzu, po czym dołączył do pozostałych. Kompletne już zwierciadło rozbłysło jasnym światłem. Jasny promień światła uderzył w miejsce nieopodal zebranych. W świetle zwierciadła zmaterializowały się świetliste wrota. Spojrzeli na Nessereth. Chociaż wciąż stała z wzniesionymi do góry rękoma, w jej ciele nie było już życia. Powoli jej ciało zamieniało się w kryształowy pył unoszony wiatrem. Gdy świetliste wrota otworzyły się nagły podmuch wiatru rozbił resztki ciała sylvari. Błyszczące drobinki kryształu wirowały przez chwilę nad głowami zebranych, po czym uniosły się w niebiosa. Zostali sami. Wrota do świata żywych stały przed nimi otworem. Lecz nie ruszali się. Czy to poczucie winy nie dawało im spokoju? Czy może tylko bali się tego, co będzie za drzwiami? W końcu ktoś ruszył, a za nim poszli inni. Gdy przekroczyli bramę poraziło ich jasne światło. Wrócili do świata żywych w chwili, gdy śmierć miała zajrzeć im w oczy. Kryształowe sztylety, które trzymali w dłoniach, zamieniły się w proch. Niektórzy słyszeli syk puszczanej cięciwy. Nim się jednak odwrócili kryształowe strzały zamieniły się w pył niesiony wiatrem. Wrócili... Przez kilka dni nie mogli spokojnie zasnąć. Coś ciągnęło ich do miejsca na zamrożonym jeziorze... do miejsca, gdzie ocalili swoje życie. Tego pochmurnego dnia zebrali się tutaj razem, choć w zasadzie sami nie wiedzieli po co. Na niewielkim pagórku, gdzieś spod śniegu błyszczał srebrny obiekt. Ktoś podszedł do zwałów śniegu i z trudem odkopał srebrne lustro. Zniszczyć je czy zachować? Sami nie byli pewni, jednak moc lustra budziła i strach i pożądanie. Zostawili je... Po wsze czasy wisieć będzie w siedzibie gildii, jako pamiątka po tej, którą sami stworzyli i która za nich oddała życie. Gdzieś na śnieżnym pagórku wyrasta z ziemi niewielka roślina. Przez nikogo nie niepokojona rośnie sobie pośród mroźnych pustkowi. Jakiś niewielki gryzoń zbliżył się do niej, zachęcony łatwą kolacją. Nim jednak sięgnął zielonych płatków jego ciało stało się srebrnym kryształem. Tak, gdzieś na śnieżnym pagórku wyrasta z ziemi niewielka roślina otoczona kryształowym figurami zwierząt i ludzi...
6
2012 / Konkurs
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:56:57 pm  »
Piękne nie jawi się tylko na zewnątrz, bo wnętrze ważniejsze potrafi być często
i pięknem swym nie raz czaruje każdego
Reprezentanci organizacji powoli zbierali się na placu Boskiej Przestrzeni, a należałoby wspomnieć również o tym, iż pogoda tego dnia naprawdę dopisywała. Słońce świeciło i wiał lekki wiaterek, co sprawiało, że na twarzach gromadzących się osób dało się dostrzec uśmiechy - bez wątpienia byli w bardzo dobrych humorach. A i nie było dzisiejszego dnia powodu do zmartwień, gdyż zorganizowany został konkurs, w którym to Leth mori Aiwe mieli wybrać najpiękniejszą i najprzystojniejszego z ich grupy.

***

Plac wypełniały najróżniejsze z ras całej Tyrii, już po dłuższej chwili nie byli to tylko członkowie bractwa, a również inni, zainteresowani tym, cóż takiego się tam dzieje. Wszyscy wyraźnie na coś wyczekiwali, niektórzy nawet stawali się coraz bardziej niecierpliwi, acz wydarzyło się - na placu pojawił się przywódca bractwa.
-Asura, która miała wam podać wyniki owego konkursu nie mogła się dzisiaj pojawić. Poprosiła mnie o to, bym ją wyręczył- Powiedział głosem, w którym dało wyczuć się lekkie znudzenie i to, iż ma ważniejsze sprawy na głowie niż ogłaszanie wyników jakichś wyborów.
-A wiec...- Sięgnął dłonią do jednej z kieszeni swego sięgającego ziemi płaszcza i wyjął z niej kopertę.
-Miss naszej organizacji zostaje Nestrella, a misterem Umbrecht. Gratuluję wam, zaprawdę godne to tytuły, a i otrzymacie niebawem swoje nagrody.- Spojrzał teraz za siebie w kierunku hotelu.
-A teraz mala przyjemność dla was wszystkich tu zebranych... Ta przystań została wynajęta na całą noc przez naszą organizację i jest do waszej dyspozycji. Bawcie się dobrze.- Uśmiechnął się lekko, pożegnał i pośpiesznie odszedł w swoją stronę.

***
Leth mori Aiwe spędzili całą noc w hotelu, gdzie czekało na nich multum trunków serwowanych przez barmana, można było także wziąć udział w konkursie na mocną głowę, a i w środku znajdowało się również wiele innych gier, zabaw i atrakcji. Organizacja bawiła się świetnie i liczy na więcej inicjatyw tego typu.
7
2012 / Nessereth
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:55:46 pm  »
Upadną herosi strojni w pawie pióra. Rozpaczą i magią umarłych zawezwą. Czy wasze działania na niczym znów spełzną? Czy wasza przyjaźń będzie dziś coś warta? Oto jest serca karta.
Zadanie wykonane, Mistrz będzie zadowolony. Infiltracja ich szeregów bezproblemowa. Mieli większe zmartwienia. Szarym asurą nikt się nie przejął. A nie kryli się z niczym. Zebrali się w kanałach, w sercu Lwich Wrót. Odważnie, nierozważnie. Typowa dla nich brawura. Nekromanta miał plan, słuchali go uważnie. Rezurekcja. Tabu przełamane. Konsekwencje nieistotne. Dla przyjaźni wszystko. Kapitan Straży też pomagała, jednak nie jej głos się liczył. Nekromanta, ciekawa postać. Do Gaju ich skierował. Rytuał chciał wykonać. Pierw jednak Lwie Wrota opuścić musieli. Szary asura szedł z nimi. Obserwował, widział jak się wahają, potem rozdzielają przy wyjściu z kanałów... Zatrzymują się, nie mogąc wspólnej drogi znaleźć. Lecz pozbierali się szybko. Niewykryci dotarli do Asurańskich Wrót. Wtem "Straże", ktoś krzyknął. Dwójka została z tyłu, pozostałym czas kupując. Do Gaju dotarli wszyscy.

Na samym spodzie, przy korzeniach Drzewa, wśród licznych tam jezior, zebrali się przy jednym z nich. Nekromanta miał plan, a wspierał go Asura z listu gończego, Bombardierem zwany. Widać zawczasu się przygotowali. Dobrze. Reszta zebrała się wokół nich. Zaprowadzili ich do ukrytej groty. Przy skałach owcę mieli. Część rytuału. Gdy przystąpili doń, szyki im się pomieszały. Zebrani stracili werwę, niektórzy poczuli głód, patrząc na ową owcę, jakby stracili z oczu Zadanie. Jakby nagle zapomnieli, co ich tu przywiodło. Tak jak Mistrz przewidział. Jednak rytuał trwał. Poświęciwszy owcę, Nestrellę przywołać chcieli. Zamiast tego duch zwierzęcia się zjawił, potężnego Łosia. I znowu chcieli go zjeść. I znowu nie słuchali, co Zjawa z Pustki im mówiła. Nekromanta z Asurą, dwaj liderzy jednak porządek zaprowadzili. I słuchali Zjawy. "Ofiara ofierze nie równa", tak im powiedziano. I wtedy się zaczęło. By rytuału dopełnić, na miejsce egzekucji wrócić mieli. I rozważać zaczęli, kogo poświęcić. Zabić, by wskrzesić. Jak w Wiecznej Alchemii, zasada równego targu. Życie za życie.

Szary asura podążył za nimi. Przeistoczył się w formę nijakiego sylvari. I obserwował ich z daleka. Przybyli tłumnie. Lecz podobnie, jak w Gaju, nie stanowili jedności. Gdy rytuał trwał pozostali rozprawiali, kogo poświęcić. Nekromanta ich jednak uciszył i przywołał do porządku. Nie krwi przelanej, lecz krwi oddanej zażądał. Posłuchali. Kilka kropel od każdego podziałały. Co było martwe, ożyło. Jednak nie był to rezultat, jakiego oczekiwali. Bowiem ożywione martwe nadal pozostało. W sercu. Jęk rozpaczy, jęk zawodu. I wątpliwość. Może martwe, martwym pozostać powinno. Wtem Mesmer Rastin, bliski przyjaciel Nestrelli, bardzo jej śmiercią przejęty, do Serca się odwołał. I się udało. Pozostali podchwycili. Magia starsza niż czas, siła większa niż smok, nić powiązań i przynależności, sieć zależności i przyjaźni, więzy lojalności i oddania. Kolory powróciły do Wskrzeszonej i jej rezurekcja zakończyła się w pełni. Nestrella powróciła. Zdezorientowana, bez pamięci o wydarzeniach, zanurzona w objęciach wiwatujących przyjaciół, w pełni żywa. Mistrz będzie... zaskoczony. Może jeszcze nie wszystko dla nich stracone. Leth mori Aiwe, ciekawa zbieranina. Asura-sylvari uśmiechnął się lekko. Przywiązał do strzały zawiniątko i wycelował w grupę. Pocisk ze świstem pomknął w ich kierunku i pacnął w wystającą deskę. A w środku czekało ich kolejne wyzwanie. Oko. Obserwator zniknął, nim się zorientowali.

***
Nestrella trzymała asurę za gardło w stalowym uścisku. Lekkim ruchem, jakby wierzgający nogami malec nic nie ważył przesunęła go za balustradę. Zszokowani towarzysze nie wiedzieli, co mają zrobić widząc całą sytuację.
- Co powiedziałeś, karzełku? - w jej dłoni błysnął nóż.
- Obetnę Ci te cholerne uszy. Nóż zanurzył się w ciało na ćwierć cala. Sylvari uśmiechnęła się złowieszczo naciskając mocniej na nóż. W tej jednak chwili zza ich pleców dobiegł donośny głos:
- Hor'eng di Uguun Na'ar - Oczy sylvari zgasły, a jej ciało potoczyło się bezładnie na ziemię. Wypuszczony z uścisku asura w ostatniej chwili złapał się barierki.
- Co..co to było, do ch...cholery? - wystękał łapiąc oddech, gdy przyjaciele pomagali mu wspiąć się na stały grunt.
- Zostawcie Ją! - krzyknął nadbiegający łowca, widząc, iż zebrani pochylają się nad leżącą towarzyszką. Za nim, obficie krwawiąc z rozciętej dłoni, biegł nekromanta. Łowca przyklęknął przy ciele sylvari. Delikatnie odchylił jej powieki i spojrzał w puste oczy. Na jego twarzy malowało się zdziwienie, choć zdawał się doskonale wiedzieć, na co patrzy.
- Skąd mieliście księgę? - zapytał wściekłym głosem.
- K...Księgę? - wyjąkał nekromanta owijając niezdarnie dłoń bandażem.
- Grimuar Uguun Na'ar... Co wyście najlepszego uczynili? -
- Chcie...chcieliśmy wskrzesić Nes... ale Ona jest jakaś inna... - pięść łowcy wymierzona w jego twarz zwaliła go z nóg.
- Prawdziwa Nes jest uwięziona w swoim własnym domu! Wasz bezmyślny rytuał pozbawił ją części duszy!- łowca aż kipiał gniewem
– Stworzyliście Uguun Na'ar – golema wspomnień. Kto... kto oddał za nią życie? -
- Nikt... Wszyscy oddaliśmy po trochu swojej krwi... Ja przeprowadziłem rytuał. - Devon starał się wstać z podłogi. Drugi cios sięgnął nekromanty, gdy ten gramolił się na równe nogi.
- Idiota. - Wycedził przez zęby łowca. Podniósł ciało sylvari i zaczął się wspinać po schodach.
- Teraz dopiero narobiłeś problemów...-

***
Łowca usiadł na kamieniu. Z ciężkiego plecaka wyjął zwitek szmat i zaczął go delikatnie rozwijać. Wyjął w końcu stary, skórzany dziennik. Postawił obok siebie niewielki kałamarz, zanurzył w nim gęsie pióro i zaczął pisać. Pisał o tym, jak odnaleźli nieprzytomną przyjaciółkę w jej własnym mieszkaniu. Pisał o strażniku, który nie znał swoich mocodawców. Pisał wreszcie o sobie, o swojej roli w tych wydarzeniach. Podniósł głowę znad księgi. Przed nim stała młoda przerażona sylvari. Wpatrywała się w niego pytająco, wycierając raz za razem łzy płynące po jej policzkach.
- Możesz usiąść, dopóki jesteś ze mną nic Ci nie grozi.- uśmiechnął się ciepło. Usiadła obok niego bez słowa i zaczęła obserwować rozchodzących się powoli członków Leth mori Aiwe. Łowca tym czasem wrócił do pisania. Pisał o rytuale rozdzielenia dusz. Pisał o poświęceniu nekromanty i o bólu, jaki stał się jego udziałem. Gdy doszedł jednak do zakończenia rytuału zamyślił się.
- Powiedziała im kim jest... Powiedziała, że jest z ich krwi, jest taka jak oni. Ale oni nie słuchali. Zaślepia ich własna nienawiść i żądza krwi. Głupcy. Chcieli ją zabić. Gdyby nie ja... Gdyby nie Nes... Zabiliby ją! Nowe życie, które sami stworzyli! -
Myśli nie dawały mu spokoju. Spojrzał na dziennik i plamę atramentu spływającą po pożółkłej stronicy na nogawkę jego spodni.
- Noż... - Wyskoczył do góry zrzucając dziennik i starając się zetrzeć atrament jedynie go roztarł po spodniach. Sylvari zaczęła się śmiać cichutko obserwując łowcę. Na chwilę zdawała się zapomnieć o niedawnych wydarzeniach. Spojrzała na swoje dłonie, potem znów na łowcę. Ten zaczął zbierać rozrzucone po trawie stronice. Po chwili usiadł koło niej i zapytał:
- Co teraz zrobisz? -
- Nie wiem. - odpowiedziała.
- Możesz zostać z nami. - uśmiechnął się.
– W sumie Nestrella jest jakby Twoją matką, a Devon ojcem. Ne... Właściwie to jak mamy Cię teraz nazywać?-
- Nazywać? Mnie? -
- No tak, musisz mieć jakieś imię. A Nestrella jest już raczej zajęte. - Uśmiechnął się do niej serdecznie.
- Matka? I ojciec? - zamyśliła się.
– Mówcie... mówcie mi Nessereth. Nessereth Vilth.-
8
2012 / Pościg
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:54:23 pm  »
Nad Tyrią nastawał leniwie wieczór...

A w Crow's Nest równie nieprędko zbierali się pierwsi, kończący robotę wcześniej, bądź nie mający żadnej na karku, członkowie Gildii... Świeżo wyczyszczone kufle powoli zapełniane były złocistym piwem. Cowieczorna zabawa powoli się rozkręcała, słychać już było co kto dzisiaj zrobił, kto kogo wczoraj po pijaku poobijał, a zbierający się powoli tłumek wybuchał śmiechem po usłyszeniu kolejnego sprośnego żartu o asuriańskich kobietach. Słowem - to co zwykle. Kilku znajomych twarzy nie zobaczycie jednak w Crow's Nest. Wracają oni właśnie z wyprawy, postanowili się jednak zatrzymać tuż przed miastem, by nie przepłacić za nocleg i zaznać jednak chwili spokoju, nie upijając się jednocześnie do nieprzytomności i nie wdawając się w przyjacielskie nawet bójki. Zapłacili z góry za nocleg w wioseczce zwanej Applenook - miejscu znanym z niezaburzanej zbyt często sielskiej atmosfery. Dzisiaj jednak, o ironio, sprawa miała sie dokładnie wręcz odwrotnie...

* * *
- Przysięgam, na śmierć zatłukę tego kurdupla! - -Spokojnie, spokojnie... - Karczmarka niewzruszona po raz chyba setny wypowiedziała te słowa w kierunku rozjuszonego jegomościa. Siedzący przy stole Inferno wymamrotał generyczną obelgę w kierunku norna, choć zdawał sobie sprawę z miernych szans na uciszenie sąsiada. Ten jednak oburzony podszedł do stolika przy którym siedzieli nasi czterej śmiałkowie: człowiek Devon, asuriańska kobieta - Rikstie, norn Jarl, oraz wyżej już wymieniony - popielec Inferno. Norn obruszony, jął się awanturować, że będzie wrzeszczał, bo ma swój powód. Znając temperament członków naszej wesołej kompanii, w karczmie rozgorzałaby prędko bójka. Szczęśliwie norn zszedł nieco z tonu, spytany o powód jego niewątpliwie znakomitego humoru. Cały problem Boba (tak bowiem zwał się nasz poszkodowany) rozchodził się o to, - albo przynajmniej to dało się zrozumieć w jego porykiwanich - że został okradziony, przez asurę. Konkretnie mały zabrał ze sobą pierścień, za który zapłacił tylko zaliczkę i więcej już Bob go nie zobaczył. Nasza kochana grupa poszukiwaczy przygód zgodziła się za niemała sumkę odzyskać pierścień. Po krótkim wywiadzie w terenie grupa dowiedziała się gdzie szukać złodziejskiego skurczykrólika i bez większego ociągania się (choć Rikstie trzeba było chwilami nieść) grupa udała się do posiadłości Almuten. Willę co najmniej można było nazwać majestatyczną, a jej wnętrze wyłożone było drogim mahoniem. Majestat ten zdawali się burzyć czterej śmiałkowie pakujący się do niej z zabłoconymi buciorami i wyciągniętą bronią. Na całe ich szczęście zostali wzięci za tępicieli szkodników, których gospodarz oczekiwał od jakiegoś czasu. Postronny obserwator pomyślałby, iż zaprzeczą tym fałszywym domniemaniom, oni jednak, nie mając nic przeciwko ubiciu kilku sztuk robactwa, szybko podchwycili tę pomyłkę jako doskonałe przebranie. Co prawda pająk, którego przegonić mieli nastręczył im niemałego kłopotu - mało brakowało żeby to on przegonił ich - nie ma jednak problemu z którym nasza grupa by sobie nie poradziła, prawda? Także po ubiciu przerośniętego insekta i zyskaniu przychylności właściciela posiadłości dość szybko udało im się zlokalizować domniemanego złodzieja i wyciągnąć z niego potrzebne informacje - kluczowa w tym procesie była Rikstie ze swoim serum prawdy, wmuszonym w asurę. Brakk (nasz przebiegły asuriański złodziejaszek) faktycznie ukradł pierścień nornowi, lecz udało mu się go także ukryć przed niepożądanymi (a żądnymi) łapami. Przed zemdleniem (efekt uboczny bardziej uprzedniego bicia, niż samego serum) wydał śmiałkom mapę do kryjówki, w której schował wyżej wymienioną biżuterię. W stosunkowo naturalny sposób Inferno objął dowodzenie i pokierował grupę podług mapy. Odtajnioną już kryjówką okazał się być kompleks jaskiń, niedaleko na wschód od wejścia do Lwiej Arki. Po paru godzinach bezowocnych poszukiwań drużyna zrezygnowana zbierała się do wyjścia, w ostatniej chwili jednak (i chwała mu za to) przemoczony Inferno wylazł z jeziorka krzycząc, że znalazł podwodne przejście. Tam też nasi bohaterowie odnaleźli pieczarę, pełna duchów-piratów nawiedzających to przeklęte miejsce. Lecz nawet obecność zjaw nie wystraszyła na nowo zagrzanych do poszukiwań śmiałków. Po prawdzie szybko wpadli do znajdującego się w jamie opuszczonego domku, w którym… znaleźli jęczącego, skrępowanego i zakneblowanego sylvari, oraz małą szkatułkę. Cała uwaga grupy skoncentrowała się prędko na rzeczonym sylvari – czy go ratować, czy najlepiej ubić na miejscu, coby nie cierpiał (biedak), z czego chętnie skorzystał nasz przebiegły popielec – łapczywie zagarnął całą zawartość malutkiej skrzyneczki. W tym również poszukiwany pierścień Boba! Postanowiono dobrodusznie wyciągnąć liściastego z podwodnej jaskini i wypytać go dopiero na słońcu, gdzie oddać będzie się mógł zbawiennemu procesowi fotosyntezy. Tak też zrobiono, po krótkiej batalii z nawiedzającymi jaskinię duszami piratów. Wyciągnięty na świeże powietrze sylvari w swej wdzięczności zaproponował naszej grupie kilka kolejek na jego koszt w karczmie. Drużyna pierścienia zdał się w całym bałaganie zapomnieć o podmiocie swych poszukiwań i przyjęli zaproszenie do The Busted Flagon. Tam też, wspominając stare dobre czasy, nasi podróżnicy odkryli, że niewdzięczny sylvari miał w planach otrucie ich i wykorzystanie do swoich własnych celów. Plan ten spalił na panewce i już po chwili, w ramach kary, Devon pozbawił Balthmaca oka (i niewątpliwie resztek godności). W tym samym czasie grupa uświadomiła sobie, iż zapomnieli o pierścieniu. Posądzono (słusznie z resztą) Inferno o kradzież. Odporny na jakiekolwiek pogróżki popielec jął uciekać przed zarzutami. Pogoń zdążyła przebiec przed niemalże całą stolicę ludzi i dotrzeć aż do as uriańskiej bramy w kierunku Fortecy Ebonhawke. Tam właśnie przeskoczyła nasza grupa i dalej kontynuowała pościg. Z tłumu gapiów dołączyła do nich tajemnicza mesmerka, która pomogła nawet Infernowi wydostać się z potrzasku. W końcu jednak grupa doszła do pozornej zgody – popielec oddał im fałszywy pierścień, drogocenny oryginał zatrzymując dla siebie. Nasi herosi udali się z powrotem do karczmy w Applenook, by oddać zwrócić pierścień Bobowi. Uradowany i bez mała wstawiony norn wyszedł z nimi za budynek, coby ocenić czy znaleziony pierścień jest faktycznie jego zgubą. Drużyna jednak odrzucając wszelkie zasady moralności, oraz korzystając z tego, że nikt ich nie widzi, spaliła biednego norna na miejscu, ograbiając go zarówno z znaleźnego, jak i z pierścienia - wciąż leżącego spokojnie w kieszeni Inferna…
9
2012 / Artefakt
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:53:10 pm  »
Lodowy kieł połyskiwał na środku wielkiej sali wypełnionej typową dla Nornów dumą, hucznymi odgłosami śpiewu i donośnymi przechwałkami na każdy możliwy temat. Przy całym tym „ogromie” ledwo można było dostrzec stojącego w cieniu, niewysokiego Sylvari. Czas płynął, a wraz z nim pojawiały się przy złowrogim trofeum coraz to nowe postacie, które zdawały się wyszukiwać wzrokiem jakiejś konkretnej osoby. Gdy wreszcie Sylvari uznał, że nie ma już dłużej na co czekać wyszedł z cienia i przywitał wszystkich zgromadzonych na swój „oziębły” sposób… „Jesteście bardziej rozgarnięci niż się spodziewałem… Miło mi to widzieć.” Członkowie bractwa zaczęli wypytywać się o cel w jakim zostali przywołani tak daleko na północ aż do siedziby nornów oraz jakiż to mógł być powód tego, aby miejsce spotkania pozostawało tajemnicą? Sylvari wysłuchawszy wszystkich lekko tylko się uśmiechnął i w końcu po sekundach ciszy raczył powiedzieć… „Za mną…”. Każdy z niezrozumieniem popatrzył się na innych po czym wszyscy ruszyli niepewnie za smukłą postacią. Podeszli do lewitującej, rzeźbionej skały, którą każdy rozpoznawał jako wszechobecna w Tyrii ozdoba- jak i wątpliwej jakości latarnia… Wszyscy dalej trwali w konsternacji i zaciekawieniu. Astiq zdecydowanie nie był typem , który lubi „owijać w bawełnę”, więc od razu przeszedł do rzeczy i zaczął przedstawiać szaloną wizję, w której wykorzystuje ten przedmiot do swobodnego przemieszczania się po całęj Tyrii! Astiq- widząc, że członkowie bractwa nie są zbyt przekonani co do jego poczytalności- wyciągnął z kieszeni świstek starego papieru, na którym dokładnie było opisane wszystko to o czym przed chwilą mówił. Był to stary zwój krasnoludzkiego pochodzenia i wszyscy zgodzili się co do jego autentyczności. Nie zwlekając dłużej- Astiq zarządził wymarsz z ciepłej i bezpiecznej siedziby Nornów i poprowadził zebraną grupę w niebezpieczną wyprawę, która mogła zakończyć się zdobyciem cennego artefaktu jak i niechybną śmiercią wszystkich jej uczestników…


***
Po kilku godzinach marszu przez wysokie śniegi mroźnej północy – garstka śmiałków w końcu dotarła do pierwszego przystanku jakim okazała się być zamieszkała przez szczuroludzi jaskinia. Były to nieufne i przebiegłe istoty lecz także- jak Astiq-owi udało się już nauczyć- dysponowały całkiem pokaźną wiedzą na temat pobliskich im terenów. Przedzierając się przez jaskinię grupa napotkała na kilka przerośniętych pajęczaków- nic z czym nie można by sobie szybko poradzić. Jakkolwiek- okazało się, że szczurowaci mają nie lada problemy z tymi insektami i dopóki nie uda im się zgładzić królowej pająków, dopóty nie będą miały spokojnego życia. Część grupy zgodziła się co do tego, iż pomoc w zgładzeniu kreatury może być dobrym sposobem na wyciągnięcie informacji, które pomogą w dalszym poszukiwaniu artefaktu. Inni woleli wyciągnąć te informacje siłą. W ten czy inny sposób członkowie bractwa zdobyli to po co tu przyszli i wyruszyli dalej. Po drodze do celu jakim stała się starożytna krasnoludzka tablica strzeżona przez legiony czerpaków- grupa napotkała przedstawicieli klasztoru Durmand. Okazało się, że czerpaki rozpanoszyły się już po całej północy i trzeba mieć się na baczności. Na dodatek każdy potrzebuję teraz pomocy. Podróżnicy nie mieli zbyt wiele czasu, lecz ostatecznie zdecydowali, że być może będą wstanie po drodze pomóc w ochronie osady przy okazji uzupełniania swoim kurczących się zapasów. Okazało się, że gdyby nie grupa odważnych poszukiwaczy artefaktu- prawdopodobnie z wątłej, drewnianej osady pozostała by tylko dziura w ziemi. Hordy czerpaków wyłoniły się z ziemi i w mgnieniu oka przystąpiły do ataku. Walka była długa i zacięta ale ostatecznie brudne kreto-podobne istoty zostały odepchnięte do swoich dziur. Astiq sprawdził czy wszyscy wciąż żyją i odetchnął z ulgą. Każdy z grupy starannie dobrał zapasy na dalszą podróż i po mimo zmęczenia jakie coraz bardziej dawało się we znaki- ruszyli dalej skupieni na swoim celu.


***

Niepokojące odgłosy wybuchów oraz walki stawały się coraz bardziej wyraźne. Każdy z niepokojem ale i także z nutką ciekawości oczekiwał tego co nadejdzie wraz z drogą. Gdy dotarli na miejsce wskazane im przez szuroludzi ich oczą ukazał się zatrważający widok… Bomby wybuchały nieustannie, a czerpaki nacierały na małą placówkę ludzi i nornów z krwiożerczym uporem. Ta część szlaku do celu wydawała się nie do przebycia. Jednak grupa poszukiwaczy zgodnie stwierdziła… „Dotarliśmy już zbyt daleko, aby teraz się wycofać!”. Ruszyli z podniesionymi mieczami przed siebie przedzierając się przez kolejne fale kretoludzi. Po ryzykownej i bolesnej przeprawie między wrogami w końcu udało im się przedrzeć do okupowanej placówki. Tam usłyszeli od wdzięcznej za pomoc wojowniczki, że jest pewien sposób na ominięcie gęsto bombardowanych terenów i dotarcie do tablicy, która nie wątpliwie była już teraz na wyciągnięcie ręki. Wystarczył tylko jeden ostatni ryzykowny krok. Po chwili przemyśleń nikt nie był przeciwny wykonaniu tego kroku. A więc ruszyli… Przesuwali się blisko wysokich skalnych ścian- tak, aby działa czerpaków nie były wstanie ich dosięgnąć. Okazało się, że sposób wojowniczki poskutkował i wreszcie ich cel znalazł się w zasięgu wzroku! Jednak od niego dzieliło ich jeszcze kilka pomniejszych i jeden większy groźnie wyglądający Kretoczłowiek. Nie było wątpliwości, iż był to jeden z przywódców oblężenia. Bestia była potężna, a z pyska toczyła jej się piana, która wskazywała na gniew jaki jest gotowa skierować przeciwko każdemu napotkanemu przeciwnikowi. Jakkolwiek- teraz nie było już odwrotu. Członkowie bractwa ruszyli na monstrum zgranym i pewnym szykiem. Walka była zacięta i wiele osób odniosło rany. Jednak zwycięstwo było już przesądzone. Ogromny czerpak padł na zakrwawiony śnieg i powoli wydyszał swoje ostatnie tchnienia. Po szybkim opatrzeniu ran grupa poszukiwaczy podeszła do tablicy starając się ją odszyfrować. Po dłuższych oględzinach udało im się przetłumaczyć interesujące ich zdanie… „Zamarznięta woda na południu wskaże drogę.”… Zmęczeni już wyprawą poszukiwacze wyruszyli uzbrojeni w tę wiedzę prosto na południe- zgodnie ze wskazówkami z tablicy.


***

Po kolejnych godzinach marszu przez śniegi i zaspy- grupa w końcu natrafiła na zamarznięte jezioro. Tuż obok niego można było z trudem dostrzec zawalające się wejście do kutej lodem, złowrogiej jaskini. Nie wiele myśląc śmiałkowie zapuścili się w głębiny tej pieczary z nadzieją, że ich podróż niedługo dobiegnie już końca, a ich trudny zostaną sowicie nagrodzone. Pokonując kolejne lodowe olbrzymy i pomniejsze ich sługi- udało się wkroczyć do starodawnych pomieszczeń krasnoludów, które- jak się na pierwszy rzut oka zdawało- były teraz we własności zachłannych czerpaków. Jednak w powietrzu można było wyczuć nieprzyjemny swąd siarki, który wskazywał, że nie tylko kretoludzie zdecydowały się tu zadomowić. Eksplorując dalej starożytne komnaty grupa natrafiła na niespodziewany i zdecydowanie niepożądany przez nich widok… Niszczyciele… Te plugawe, zrodzone z ognia potwory nie wiedziały czym jest strach czy litość. Jedyne do czego dążyły to spopielanie i mordowanie wszystkiego co stanie im na drodze. To właśnie działo się teraz z całymi hordami czerpaków. Z ich pysków wydobywały się krzyki agonii, które w nawet poszukiwaczach wzbudzały współczucie. Niemieli jednak żadnego interesu w pomaganiu czerpakom- tak więc starali się wykorzystać panujący chaos i niepostrzeżenie przekraść się tak daleko jak tylko dadzą radę. Po drodze natrafili na dogorywającego kretoczłeka, z którego udało im się wyciągnąć informację na temat artefaktu, którego poszukują od samego początku wyprawy. Z wielkim rozczarowaniem słuchali o tym- jak kilka dni przed ich przybyciem pojawiły się niszczyciele, a największemu z nich udało się zagarnąć- tak pilnie strzeżony przez czerpaków artefakt- dla siebie. Z opowieści niedoszłego trupa wynikało, że część niszczycieli- w tym ten który ich interesował- wróciła tam skąd przybyła… W głąb ognistej, spopielonej ziemi. Grupa nie miała wyjścia- to była ostania próba… Ostatni wysiłek. Zginiemy albo wrócimy z nagrodą i w chwale. Wybór był prosty. Nieznający strachu członkowie bractwa wyruszyli we wskazane miejsce wprost w ognistą, ziejąca niczym rana w ziemi wyrwę. Ogień buchał zewsząd, niszczyciele nacierały kierowane ślepą nienawiścią do wszystkiego co nie płonie. Poszukiwacze artefaktu otarli się tutaj o śmierć bardziej niż gdziekolwiek indziej, lecz nareszcie- udało się odnaleźć w tych popielnych odmętach tego który był w posiadaniu cennego mechanizmu będącego jednocześnie ich jedyną drogą powrotną do przytulnej karczmy w Lwich Wrotach. Walka trwała, siły odchodziły szybko, a bestia zdawała się nie wzruszona na wszystkie ataki. W końcu ktoś wpadł na desperacki pomysł ostatniej szansy… Strzał z wzmocnionego magią łuku ugodził płonącą łapę trzymającą artefakt. Bestia ryknęła tak głośno, że cała ziemia zdawała się zatrząść. Zaraz po tym ktoś zwinny z grupy rzucił się by złapać w locie cenną zdobycz. Czas zdawał się stanąć w miejscu… bestia szalała ze złości, grupa poszukiwaczy wpatrywała się tylko w spadający artefakt i usiłującego złapać go śmiałka. Zwinna dłoń pochwyciła magiczny kamień. Znikąd pojawił się oślepiający wszystkich błysk. Nikt nie wiedział co się stało do czasu, aż oślepienie minęło i okazało się, że banda wyczerpanych, przed chwilą znajdujących się na dalekiej północy członków bractwa Leth Mori Aiwe nagle leżała na zielonej trawie tuż przed wrotami do Lwich wrót. Najwyraźniej artefakt działał…
10
2012 / Tajemnice Queensdale
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Xar dnia Grudzień 31, 2019, 08:51:39 pm  »
Mieszkańcy obrzeży Boskiej Przystani nie trapili się problemami, które męczyły miastowych, gdyż mieli swoje własne. Uprawa zboża, warzyw i owoców była ciężką pracą, acz wielu nie wyobrażało sobie robienia czegoś innego. Czasem oczywiście zdarzały się najazdy centaurów, czy innych szkodników, jednak wieśniacy zawsze wiedzieli, że mogą liczyć na wojowników, czy strażników, którzy ochronią ich domostwa i pola. A i zawsze byli skorzy do wynagrodzenia tychże trudów, dając dużo jedzenia, oferując nocleg, a i czasem sypiąc złotem. Jednak w ostatnim czasie w Queensdale działy się dziwne rzeczy, wieśniacy twierdzą, ze w okolicy pojawiła się niebezpieczna grupa, która podpala ich dobytek i odprawia jakieś tajemnicze rytuały. Na niektórych budynkach dało się zauważyć narysowane krwią bydła znaki, a i sami mieszkańcy boją się, że może dojść do gorszych czynów i któregoś dnia zostanie porwane któreś z ich dzieci. Strażnicy patrolujący okolice okazali się być bezsilni, ale do ich uszu doszły informacje o gildii zwanej Leth mori Aiwe i nie czekając zdecydowali się wysłać list z prośbą o przybycie i zbadanie sprawy.


***

Nie czekając zjawiliśmy się przed domem jednego z wieśniaków, który oprowadził nas po swojej posiadłości i pokazał szkody wyrządzone przez nieznanych sprawców. Widząc to wszystko, podjęliśmy decyzję, iż musimy coś z tym zrobić, acz kiedy mieliśmy wyruszać na poszukiwania śladów- przybiegł kolejny mieszkaniec wsi. Człek wołał wniebogłosy, był spanikowany - wnet dowiedzieliśmy się, że jego posiadłość również została spalona, a na krowach i świniach pojawiły się znaki - prawdopodobnie magiczne. Nasza grupa została zmuszona do podzielenia się, część osób ruszyła na poszukiwania śladów po złoczyńcach, a reszta zobaczyć drugą spaloną posiadłość i przy okazji zbadać tajemnicze znaki, którymi zostały naznaczone zwierzęta. Jednej z grup Leth mori Aiwe udało się odnaleźć rannego, a kiedy mu pomogli, ten wyjawił, iż tajemnicza grupa planuje zrobić coś strasznego w miasteczku "Shire of Beetletun", gdzie powinni czym prędzej wyruszyć. W tym samym czasie druga grupa badała zwierzęta naznaczone magią, jednak jakie było jej zaskoczenie, kiedy przy posiadłości farmera dostrzegli kręcącego się tam złoczyńce, którego dość szybko dorwali. Ten śmiejąc się wyjawił, iż działają zbyt wolno, ponieważ jego przyjaciele już dawno zajęli się odprawieniem rytuału w "Shire of Beetletun", a ich czarna magia niebawem zacznie działać. Po tych słowach nekromanta zniknął... Grupa nie czekając ruszyła do wcześniej wspomnianego miasta, by w jakikolwiek sposób udaremnić plan bandytom, a kiedy znalazła się na miejscu, spotkała tam członków Leth mori Aiwe, z którymi rozdzieliła się na samym początku.


***

Razem zajęliśmy się oczyszczaniem miasta z czarnej magii, a kiedy wydawało się, że to byłoby na tyle - w miasteczku pojawił się nekromanta, który nie wyglądał na zadowolonego - zbulwersowany tym, iż nasza gildia po części udaremniła ich plan, zdecydował się wbrew naszej woli teleportować nas do miejsca, w którym przebywał szef ich szajki. Na miejscu potrzebowaliśmy chwilę, by dojść do siebie po zmianie otoczenia, ale wróg nie czekał aż zadamy pytania - wnet zaczął rzucać w nas czarami. Było nas jednak zbyt wielu, po krótkiej chwili wiedział, że nie ma z nami szans i nie chcąc się poddać, skoczył z wysokich murów fortu... Zniknął. Tutaj zakończyła się nasza przygoda, nie mogliśmy zrobić nic więcej, acz mamy przeczucie, że nie jest to koniec i za jakiś czas znowu o owych bandytach usłyszymy. Chcąc nie chcąc nie udało nam się dorwać ich wszystkich, a i tak naprawdę nie odkryliśmy co ów złoczyńcy tak naprawdę chcieli osiągnąć.
Strony: [1] 2 3 ... 10