Autor Wątek: Pościg  (Przeczytany 29 razy)

Grudzień 31, 2019, 08:54:23 pm
Przeczytany 29 razy

Xar

  • Xar.6279
  • *
  • Information
  • Kandydat
  • Lider
  • Wiadomości: 8550
Nad Tyrią nastawał leniwie wieczór...

A w Crow's Nest równie nieprędko zbierali się pierwsi, kończący robotę wcześniej, bądź nie mający żadnej na karku, członkowie Gildii... Świeżo wyczyszczone kufle powoli zapełniane były złocistym piwem. Cowieczorna zabawa powoli się rozkręcała, słychać już było co kto dzisiaj zrobił, kto kogo wczoraj po pijaku poobijał, a zbierający się powoli tłumek wybuchał śmiechem po usłyszeniu kolejnego sprośnego żartu o asuriańskich kobietach. Słowem - to co zwykle. Kilku znajomych twarzy nie zobaczycie jednak w Crow's Nest. Wracają oni właśnie z wyprawy, postanowili się jednak zatrzymać tuż przed miastem, by nie przepłacić za nocleg i zaznać jednak chwili spokoju, nie upijając się jednocześnie do nieprzytomności i nie wdawając się w przyjacielskie nawet bójki. Zapłacili z góry za nocleg w wioseczce zwanej Applenook - miejscu znanym z niezaburzanej zbyt często sielskiej atmosfery. Dzisiaj jednak, o ironio, sprawa miała sie dokładnie wręcz odwrotnie...

* * *
- Przysięgam, na śmierć zatłukę tego kurdupla! - -Spokojnie, spokojnie... - Karczmarka niewzruszona po raz chyba setny wypowiedziała te słowa w kierunku rozjuszonego jegomościa. Siedzący przy stole Inferno wymamrotał generyczną obelgę w kierunku norna, choć zdawał sobie sprawę z miernych szans na uciszenie sąsiada. Ten jednak oburzony podszedł do stolika przy którym siedzieli nasi czterej śmiałkowie: człowiek Devon, asuriańska kobieta - Rikstie, norn Jarl, oraz wyżej już wymieniony - popielec Inferno. Norn obruszony, jął się awanturować, że będzie wrzeszczał, bo ma swój powód. Znając temperament członków naszej wesołej kompanii, w karczmie rozgorzałaby prędko bójka. Szczęśliwie norn zszedł nieco z tonu, spytany o powód jego niewątpliwie znakomitego humoru. Cały problem Boba (tak bowiem zwał się nasz poszkodowany) rozchodził się o to, - albo przynajmniej to dało się zrozumieć w jego porykiwanich - że został okradziony, przez asurę. Konkretnie mały zabrał ze sobą pierścień, za który zapłacił tylko zaliczkę i więcej już Bob go nie zobaczył. Nasza kochana grupa poszukiwaczy przygód zgodziła się za niemała sumkę odzyskać pierścień. Po krótkim wywiadzie w terenie grupa dowiedziała się gdzie szukać złodziejskiego skurczykrólika i bez większego ociągania się (choć Rikstie trzeba było chwilami nieść) grupa udała się do posiadłości Almuten. Willę co najmniej można było nazwać majestatyczną, a jej wnętrze wyłożone było drogim mahoniem. Majestat ten zdawali się burzyć czterej śmiałkowie pakujący się do niej z zabłoconymi buciorami i wyciągniętą bronią. Na całe ich szczęście zostali wzięci za tępicieli szkodników, których gospodarz oczekiwał od jakiegoś czasu. Postronny obserwator pomyślałby, iż zaprzeczą tym fałszywym domniemaniom, oni jednak, nie mając nic przeciwko ubiciu kilku sztuk robactwa, szybko podchwycili tę pomyłkę jako doskonałe przebranie. Co prawda pająk, którego przegonić mieli nastręczył im niemałego kłopotu - mało brakowało żeby to on przegonił ich - nie ma jednak problemu z którym nasza grupa by sobie nie poradziła, prawda? Także po ubiciu przerośniętego insekta i zyskaniu przychylności właściciela posiadłości dość szybko udało im się zlokalizować domniemanego złodzieja i wyciągnąć z niego potrzebne informacje - kluczowa w tym procesie była Rikstie ze swoim serum prawdy, wmuszonym w asurę. Brakk (nasz przebiegły asuriański złodziejaszek) faktycznie ukradł pierścień nornowi, lecz udało mu się go także ukryć przed niepożądanymi (a żądnymi) łapami. Przed zemdleniem (efekt uboczny bardziej uprzedniego bicia, niż samego serum) wydał śmiałkom mapę do kryjówki, w której schował wyżej wymienioną biżuterię. W stosunkowo naturalny sposób Inferno objął dowodzenie i pokierował grupę podług mapy. Odtajnioną już kryjówką okazał się być kompleks jaskiń, niedaleko na wschód od wejścia do Lwiej Arki. Po paru godzinach bezowocnych poszukiwań drużyna zrezygnowana zbierała się do wyjścia, w ostatniej chwili jednak (i chwała mu za to) przemoczony Inferno wylazł z jeziorka krzycząc, że znalazł podwodne przejście. Tam też nasi bohaterowie odnaleźli pieczarę, pełna duchów-piratów nawiedzających to przeklęte miejsce. Lecz nawet obecność zjaw nie wystraszyła na nowo zagrzanych do poszukiwań śmiałków. Po prawdzie szybko wpadli do znajdującego się w jamie opuszczonego domku, w którym… znaleźli jęczącego, skrępowanego i zakneblowanego sylvari, oraz małą szkatułkę. Cała uwaga grupy skoncentrowała się prędko na rzeczonym sylvari – czy go ratować, czy najlepiej ubić na miejscu, coby nie cierpiał (biedak), z czego chętnie skorzystał nasz przebiegły popielec – łapczywie zagarnął całą zawartość malutkiej skrzyneczki. W tym również poszukiwany pierścień Boba! Postanowiono dobrodusznie wyciągnąć liściastego z podwodnej jaskini i wypytać go dopiero na słońcu, gdzie oddać będzie się mógł zbawiennemu procesowi fotosyntezy. Tak też zrobiono, po krótkiej batalii z nawiedzającymi jaskinię duszami piratów. Wyciągnięty na świeże powietrze sylvari w swej wdzięczności zaproponował naszej grupie kilka kolejek na jego koszt w karczmie. Drużyna pierścienia zdał się w całym bałaganie zapomnieć o podmiocie swych poszukiwań i przyjęli zaproszenie do The Busted Flagon. Tam też, wspominając stare dobre czasy, nasi podróżnicy odkryli, że niewdzięczny sylvari miał w planach otrucie ich i wykorzystanie do swoich własnych celów. Plan ten spalił na panewce i już po chwili, w ramach kary, Devon pozbawił Balthmaca oka (i niewątpliwie resztek godności). W tym samym czasie grupa uświadomiła sobie, iż zapomnieli o pierścieniu. Posądzono (słusznie z resztą) Inferno o kradzież. Odporny na jakiekolwiek pogróżki popielec jął uciekać przed zarzutami. Pogoń zdążyła przebiec przed niemalże całą stolicę ludzi i dotrzeć aż do as uriańskiej bramy w kierunku Fortecy Ebonhawke. Tam właśnie przeskoczyła nasza grupa i dalej kontynuowała pościg. Z tłumu gapiów dołączyła do nich tajemnicza mesmerka, która pomogła nawet Infernowi wydostać się z potrzasku. W końcu jednak grupa doszła do pozornej zgody – popielec oddał im fałszywy pierścień, drogocenny oryginał zatrzymując dla siebie. Nasi herosi udali się z powrotem do karczmy w Applenook, by oddać zwrócić pierścień Bobowi. Uradowany i bez mała wstawiony norn wyszedł z nimi za budynek, coby ocenić czy znaleziony pierścień jest faktycznie jego zgubą. Drużyna jednak odrzucając wszelkie zasady moralności, oraz korzystając z tego, że nikt ich nie widzi, spaliła biednego norna na miejscu, ograbiając go zarówno z znaleźnego, jak i z pierścienia - wciąż leżącego spokojnie w kieszeni Inferna…


There are no comments for this topic. Do you want to be the first?